>> czwartek, 30 grudnia 2010 20:34:13
Konstruktywna notka na dziś, kończąca stary rok:
Sam jesteś dziecinny, o! I tak, uważam, że stanie w nocy pod kinem, było czynem spontanicznym, heroicznym, dowodzącym mojej niezwykłości, szaleństwa i nieprzewidywalności, o! I jak Ci się nie podoba, że potrafię jechać trzydzieści kilometrów w nocy pod kino i nadal uważasz, że to było dziecinne, na świecie jest wiele nudnych kobiet, o! A tak poza tym, to Cię kocham, o!

Szczęścia w Nowym Roku for everybody! ^^



komentarze [3]

>> środa, 29 grudnia 2010 01:34:54
Tak pomału wybieram się spać. W sumie wpadałoby już dawno leżeć w łóżku i śnić, bo rano znowu będę miała problemy by zwlec się z wyrka. Chciałbym coś konstruktywnego napisać, ale nie potrafię. Już dawno temu pisałam, że gdy jestem szczęśliwa tracę zapał i chęci do głębokiego, emocjonalnego pisania. Tak, jestem szczęśliwa. Mam Go blisko, tylko mojego, tak jak chciałam. Mam Go przy sobie, bo z Nim wszystko jest łatwiejsze, bo choć ma w sobie milion wad, ma też jedną podstawową zaletę – potrafi mnie uszczęśliwić nie robią nic, będąc przy mnie blisko. I lubię Jego uśmiech, zmarszczki wokół oczu, napięte mięśnie ramion, gdy mnie obejmuje, szczupłą klatkę piersiową, o którą mogę się zawsze oprzeć, usta gdy mnie całuje, lubię Go całego, choć potrafi doprowadzać mnie do szału i bezradnego rozkładania rąk, gdy wymyśla kolejną głupotę. Myślę, że zakończyłam poszukiwania „tego jedynego” i mam nadzieję, że los nie będzie chciał mi udowodnić, że się jednak myliłam.




komentarze [2]

>> środa, 22 grudnia 2010 23:37:35
Z rzeczy przyziemnych:
Pojutrze Święta, a ja nie mam nic! No może oprócz umytych tylko z jednej strony okien, wypranych firan i wysprzątanej jednej czwartej swojego chlewa, który jest moim pokojem. Trochę żarcia na pierwszy dzień Świąt już jest, ale jutro czeka mnie kilka godzin sprzątania – bynajmniej u siebie, bo i tak tu nikt nie będzie wchodził, a psy szybko uzupełnią zapasy kurzu i brudu.

Z rzeczy zabawnych:
Tata kupił mi na Gwiazdkę odkurzacz! Czy jeśli powiem, że jest boski, genialnie sunie po podłodze i znakomicie ciągnie, zabrzmi to idiotycznie? Wreszcie będzie mi się chciało odkurzać i może zacznę to robić częściej.

Z rzeczy dziwacznych:
Obejrzałam przed chwilą „Listy do Julii”. Wzruszyłam się wręcz do łez i doszłam trzy razy z myślami zaplątanymi wokół G.

Z rzeczy „ja Cię kocham, a Ty kpisz”:
Dałeś mi siebie. Tak prawdziwie, nadzwyczajnie, z uczuciem i pożądaniem. Dałeś mi najwspanialsze chwile bliskości i posiadania siebie. Dałeś mi tak niesamowity seks, że dziś cały dzień kadr po kadrze odtwarzałam to sobie w głowie jak film. Chcę, żebyś miał zawsze tyle odwagi, co wczorajszej nocy i słuchając siebie, nie bał się mnie dotykać, całować i przytulać, żebyś potrzebował mnie, i był blisko. Jesteś częścią mnie, a wczoraj i ja byłam częścią Ciebie.

Z rzeczy egzystencjalnych:
Jestem tak bardzo zmęczona i niewyspana, że jak pomyślę o biednym G. który sypiał jeszcze mniej ode mnie i musiał chodzić do pracy, to włącza mi się instynkt macierzyński i taka doza współczucia, że mogłabym nią obdzielić cały Trzeci Świat i by jeszcze zostało.

Kocham i dobranoc.



komentarze [2]

>> poniedziałek, 20 grudnia 2010 21:10:58
Chrupię herbatniki z marmoladą i miodem, zapijam zieloną herbatę, a zaraz zapewne wezmę papierosa i wreszcie w spokoju zapalę. Jestem tak bardzo zmęczona, a kark dobitnie daje mi znać, że jedyne co go uratuje, to masaż zgrabnych palców jakiegoś Azjaty. Tatę opanowała przedświąteczna gorączka, wciąż wymyśla co by to jeszcze zrobić/ugotować/upiec/zabić by skonsumować/i wiele innych rzeczy, chodzi i truje dupsko, a ja powiem szczerze, mam dość. Mama rozkleja się nawet nad kawałkiem mięsa, co dodatkowo powoduje delikatne wyproszenie jej z kuchni – nie cierpię tych jej stanów depresyjnych, ale nie chcę być sarkastyczna, bo najzwyczajniej nie wypada. ŚWIĘTA. Nie czuję ich w tym roku, nie czuję żadnej potrzeby strojenia domu, kupowania prezentów, gotowania i wszystkich tych ceregieli. Ale trzeba. Pozmywałam gary, bo wychodziły już ze zlewu i z ironicznym uśmiechem mówiły mi spierdalaj. Postałam nad tym przeklętym mięsem. Jeszcze tylko trzy dni, a ja muszę doprowadzić dom do stanu używalności i stać nad garami, aż dostanę żylaków. Rozkosznie. Jedyne na co mam ochotę to rozpalić ogień w kominku, zapalić kilka świec, otworzyć butelkę czerwonego wina i w samotności zrelaksować się nad jakimś filmem – oczywiście nie pogardziłabym męską obecnością i zgrabnymi dłońmi zrzucającymi ze mnie szmatki, a potem silnym ciałem kochającym mnie spokojnie i czule, ale chyba na dzień dzisiejszy mogę sobie o tym tylko pomarzyć, gdyż mężczyzna, z którym taki wieczór byłby spełnieniem marzeń, nie może mi go ofiarować. No tak. Mężczyźni. Zamknęłam Jego drzwi, co spowodowało, że nasze razem-nie-bycie obyło się bez histerii, rozpaczy i pustki. Dało mi to lekkość i swobodę w naszych kontaktach, a przede wszystkim w myślach o Nim, a to z kolei uczyniło, że znowu chcę Go więcej i więcej, całego na własność. Musiałam zamknąć te drzwi, by przestać być małą, bezbronną dziewczynką, zdesperowaną idiotką, która wypłakuje mu się do telefonu. Musiałam je zamknąć by stać się słodką nimfetką, która nie zawaha się przed niczym by Go ponownie uwieść i zdobyć. Tak. G. G. to temat bardzo złożony, którego po części nie rozumiem, nie wiem na czym opierają się teraz nasze relacje i w żaden sposób nie potrafię ich nazwać. Nie wiem czy mogę liczyć na jakąkolwiek lojalność wobec mnie z Jego strony, nie wiem kim dla Niego jestem – jeśli jest to nadal stopa koleżeńska, to nie przemawia do mnie taki rodzaj koleżeństwa, nie wiem czy z nią również sypia, tak naprawdę nie wiem nic. Chcę wierzyć, że jestem jedyna, wyjątkowa, że faktycznie jest ze mną najbliżej, mimo tego dystansu, który ciągle czuję od Niego, nawet jak mnie rżnie. Muszę w to wierzyć i muszę podchodzić to tego tak jak to robiłam przez te kilka dni – na luzie, trzymając tęsknotę i poczucie braku na grubym łańcuchu, by znowu nie rozbiły mnie na kawałki, gdy okaże się, że na lojalność nie miałam co liczyć. Zadowalam się tymi namiastkami czułości, które jest w stanie mi dać, tymi ochłapami siebie, które rzuca od czasu do czasu, a ja łakomie je przyjmuję, pragnąc go tak bardzo mocno, choć do końca nie wiem z jakich powodów – to jest cała gama tak bardzo skrajnych uczuć, że nie potrafię pięknymi zdaniami ich teraz opisać, muszę je poskładać i posklejać. Och G. Mogłabym tak o Nim książkę napisać, ale i pewnie po dwustu stronach nie odnalazłabym całego sensu tego co się między nami dzieje. Obym tylko znowu nie wyszła z tego wszystkiego pokiereszowana emocjonalnie, ale jak to się mówi „jest ryzyko, jest zabawa”, a bez ryzyka Go nie odzyskam, dlatego jestem gotowa, by zrobić wszystko, by rozpalić ogień w kominku, zapalić kilka świec, otworzyć butelkę czerwonego wina i poczuć Jego bliskość i to cholerne uczucie, za którym tak tęsknię.



Mały PS. czyli jak to ojciec potrafi skutecznie zdemotywować córkę:
Tata ogląda program o mężczyźnie, który waży 560 kg. i mimo tego, że prawie się nie rusza i jest uzależniony od pomocy osób trzecich, ma całkiem ładną i zgrabną dziewczynę.
Ja: Ale jak on sobie znalazł kobietę, to chyba ja nie powinnam mieć problemów ze znalezieniem faceta.
Tata: No nie jestem taki pewien.
Dzięki tato, no podniosłeś mnie na duchu jak nigdy.

komentarze [0]

>> czwartek, 16 grudnia 2010 01:25:30
„Jednak problem z siostrami, czyli kobietami takimi jak Ruby i ja, polega na tym, że nadal mamy nadzieję. Nic nie możemy poradzić. Udajemy, że jesteśmy szczęśliwe, a kiedy widzimy pary całujące się na ulicy, parodiujemy odruch wymiotny. Ale same pragniemy miłości. Wierzymy w nią. Siedzimy w ciemnych kinach, oglądając Bezsenność w Seattle i Ja cię kocham, a ty śpisz, i zalewamy się łzami. Nawet jeśli wiemy, że wszyscy faceci to skurwiele, to i tak mamy nadzieję, że jeden z nich uratuje nas przed życiem w samotności.”

„Kiedy kobieta uwalnia się ze związku z mężczyzną, którego kocha, to postęp jest powolny. Każdego dnia robi jeden krok i początkowo czyha na nią tyle przeszkód, że myśli, że sobie nie poradzi. Ale powolutku zauważa, że przed każdym krokiem w tył są trzy kroki w przód i pewnego dnia to już nie są nawet kroki, a długie skoki.”

„Prostu z mostu” Jane Green – moja biblia samotnej kobiety, która tak samo dołuje i przytłacza, jak bawi i daje wiarę. Hm... kto by pomyślał, że kiedyś nie lubiłam „literatury w spódnicy”. Jak widać, do wszystkiego w życiu się dorasta.



komentarze [0]

>> niedziela, 12 grudnia 2010 00:41:05
To będzie długa notka, bo dziś (może jeszcze przedwcześnie) zamykam rok. Zamykam też coś o wiele bardziej dłuższego i cenniejszego, trzy lata życia z G. Nareszcie dorosłam, by zamknąć Jego drzwi.

Jaki był ten rok? Oj, z całą pewnością burzliwy, niejednorodny, pełen radości, szczęścia i śmiechu, jednostajnej, stabilnej rzeczywistości, ale też pełen bólu, rozpaczy i cierpienia. Dobitnie przypomniał mi rok 2007, jednak tym razem musiałam walczyć z pustką, a nie z obojętnością. Obojętność wtedy przezwyciężyłam, była to nie tylko moja zasługa, ale przede wszystkim Pana A. i G. Tym razem muszę uporać się z pustką, by ruszyć dalej w krętą i trudną drogę życia. Tymczasem przystanę na chwilę w kamiennym pokoju, pełnym dymu papierosowego, gdzie zaśniedziałe drzwi, które niegdyś pozamykałam zarosły mchem i pokryły się rdzą. Patrzę na nie z nostalgią, są pozamykane i nigdy się już nie otworzą. W tym roku mam tylko jedne drzwi do zamknięcia – tymi drzwiami jest G. Są one jeszcze świeże, pachnące drewnem, prosto od stolarza, a klucz, który trzymam w dłoni jest błyszczący, polerowany łzami.

G. Że straciłam Cię na zawsze dotarło do mnie niedawno, dotarło jednego z tych dni, w którym tęsknota była silna, łzy gorzkie, a samotność tak gęsta, że można było ją ciąć nożem. Do tego czasu wierzyłam, że nie otrzymanie odpowiedzi na pytanie czy to już koniec, coś oznacza – oznacza, że jeszcze nie, tylko musisz się poukładać. Aż wraz z metalicznym smakiem krwi, przyszło katharsis, gdy przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę.

- Nie mam siły, by to zakończyć. Z jednej strony chciałabym być z Tobą, z drugiej, chciałabym byś Ty znalazł w sobie tę siłę i powiedział dość.

Tak Ci powiedziałam i nie wierzyłam, że ją znajdziesz. A jednak. Następne tygodnie spędzone w ciszy własnych, rozszarpanych myśli, wciąż ta nadzieja, ten brak i pustka. Płakałam za każdym razem przypominając sobie Twoje kojące ramiona, masochistycznie wspominając każdy szczegół od naszej listopadowej rozmowy. Moje stanie pod kinem. Rozpacz tego nocnego spotkania, gdy w histerycznych spazmach pragnęłam umrzeć w Twoich objęciach. Łapczywe pocałunki, gdy z dziką rządzą i tęsknotą, trzęsąc się jak mała dziewczynka kochałam się z Tobą. Spotkanie u Pana B. gdy leżałam na Twoich kolanach. Rozstanie na placu. Policzek, który Ci wymierzyłam, gdy jednak zdecydowałeś się ze mną być, potem wpicie się w Twoje usta i Ciebie całego. Noc w Twoich ramionach. A potem już tylko samotność, strach, łzy, drżące dźwięki „Zakuro” i „Musi”, krew, Twoje zdjęcia i ból. Aż zrozumiałam. Nie chciałeś ze mną być. Nie chciałeś zaryzykować. Teraz muszę się podnieść z tego dna, zacząć żyć, w końcu mam tyle spraw na głowie, tyle rzeczy do zrobienia. Z czasem zacznę mniej zerkać na telefon, zacznę zapominać, choć miejsce w moim pociętym sercu, które sobie zawłaszczyłeś, będzie na zawsze Twoje. I wiem, że zapomnienie nie przyjdzie dziś czy jutro, ale mam nadzieję, że z czasem będzie mniej bólu i cierpienia – w końcu czas leczy rany, prawda? I wiesz, nadal nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie, nie wyobrażam sobie innego mężczyzny przy moim boku. Spacerów z psami, wspólnego łóżka, seksu, papierosa i kawy. Mogę tylko pragnąć, by to się zmieniło, by znalazł się ktoś, kto mnie uleczy, jak wtedy Ty w ten zimowy wieczór, gdy się poznaliśmy. By znalazł się ktoś, przy kim znajdę ukojenie, znowu zwariuję z miłości, nie będę bała się kochać, mimo ryzyka cierpień. Mimo wszystko wciąż jestem małą, płochliwą dziewczynką, która potrzebuje męskiego ramienia, by czuć się pewnie i bezpiecznie. Nie wiem czy taki ktoś gdzieś na mnie czeka w zakamarkach świata, dlatego z pewnością (w końcu bardzo dobrze znam siebie) będę się katować myślami o Tobie, czasem będę płakać (tak, pod tym względem wolałam obojętność, w niej się przynajmniej nie dławiło własnymi łzami), i za każdym razem gdy Ciebie zobaczę, czy też przejadę obok Twego domu, zakuje mnie tak mocno, że stracę na chwilę oddech.

„Ból, który człowiek odczuwa, stopniowo znika. Nie znika zupełnie, nie na długo przynajmniej, ale żyje się z nim coraz łatwiej. Pewnego ranka otwierasz oczy i on nie jest pierwszą rzeczą, jaka przychodzi ci na myśl. A kilka miesięcy później uświadamiasz sobie, że nie myślałaś o nim aż przez pół dnia.
Czasami mijają miesiące, a czasami lata, a w końcu myślisz o nim zaledwie od czasu do czasu. Jesteś w stanie to zrobić, bo nie widujesz go, nie słyszysz niczego na jego temat i robisz wszystko, by o nim nie myśleć.
A potem wpadasz na niego na ulicy lub ktoś przypadkiem wspomni jego imię, albo skurwiel zadzwoni do twojego programu w telewizji i wspomnienia zalewają cię jak powódź. Ale z czasem i one są coraz mnie bolesne.”
„Prosto z mostu” Jane Green

Tak bardzo boli, gdy patrzę na te drzwi, ale cóż, chyba powinno boleć, bo co innego można czuć, uświadamiając sobie, że traci się kogoś tak bardzo bliskiego. Nie doszłoby do tego wszystkiego, gdybym to co czuję uświadomiła sobie wcześniej, gdy byliśmy razem, lub gdybym po dwóch miesiącach nie dostała olśnienia, że tak! To jest facet, z którym chcę się zestarzeć. No tak, zawsze lubiłam melodramaty, chciałam się poczuć jak w filmie, ale chyba nie o taki film mi chodziło. Kiedyś bliska mi osoba po stracie swego ukochanego napisała „gdy nie ma Ciebie, nie ma też trochę mnie”, i tak, dziś w pełni rozumiem to stwierdzenie, bo G. zabrał ze sobą kawałek mojego serca i duszy, bez niego nie czuję się pełna.

G. Zapamiętam Cię jako pijaka, oszusta, kłamcę i hazardzistę, który skradł mi serce, sprawił, że uwierzyłam w siebie, uwierzyłam w miłość, swoim urokiem, otwartością i bezpruderyjnością udowodnił mi, że potrafię być kobietą, że mimo tego, że nie jestem Miss Polonia, pokochałam swoje ciało. Zapamiętam Cię jako łajdaka, przy którym czułam się bezpiecznie i bezbronnie. Zapamiętam Cię jako nieodpowiedzialnego chłopca, za którym mogłam iść do Piekła i samemu Diabłu powiedzieć, że znam kogoś kto potrafi o wiele skuteczniej kusić, zniewalać i pociągać. Zapamiętam Cię jako rozbitego fantastę, z którym chciałam budować dom z białym płotkiem, a z czasem mogłabym się pokusić o gotowanie Ci obiadów. Zapamiętam każdy szczegół Twego ciała i twarzy, bo fizycznie byleś moim ideałem, bo kochałam te zmarszczki wokół Twoich oczu, cwany uśmiech, silne ramiona, duże, męskie dłonie, zgrabne pośladki.

G. Zamykam Twoje drzwi. Przekręcam klucz w zamku, a jego samego chowam głęboko w sercu, byś znalazł do niego drogę, bo wciąż wierzę i Cię potrzebuję.

Żegnaj na zawsze, zapomnij co było. Przepraszam za kłopot, dziękuję za miłość.

Suki da kara suki...

Stojąc u progu następnego roku, wiem, że przyniesie on wiele zmian. Znowu dorosnę troszeczkę, sprecyzuję czego tak naprawdę chcę, może osiągnę zamierzone cele. Co przyniesie nowy rok, tego nie wiem, nie jestem w końcu Harrym Potterem, mogę jedynie wierzyć, że będzie to dobry rok, bez cierpień i strat, że mama wyzdrowieje i tak jak dawniej pojedziemy gdzieś na wystawę czy na krycie, że będziemy robić sobie biwaki w samochodzie, zwiedzać piękne miasta. Albo może znajdzie się ktoś taki, kto nieprzerażony piętnastoma godzinami za kółkiem i noclegiem na tylnym siedzeniu, będzie gotowy wyruszyć ze mną, gdy Ty jeszcze nie będziesz mogła. Kolejny wyjazd bez Ciebie mamo – Wilno. Boję się, bo muszę jechać sama, ale muszę dać radę, muszę, bo kiedyś przyjdzie czas, że będę musiała jeździć sama. Mam nadzieję, że do Paryża wyzdrowiejesz, w końcu obiecałaś mi zdjęcie na Mulin Rouge.

Tak. Kolejny rok spełniania marzeń i walki o szczęście i miłość przede mną. Nie boję się, bo wiem, że potrafię walczyć. Boję się tylko tej samotności, pustki, braku i tęsknoty, ale jeśli zajdzie taka potrzeba i nie będę miała innego wyjścia z nimi także nauczę się żyć.



komentarze [1]

>> sobota, 11 grudnia 2010 00:50:32
Czujesz pustkę już od rana. Jest tylko kilka kroków za tobą i z każą godziną zbliża się coraz bardziej, idąc jak wprawny łowca po twoich śladach. Wiesz, że nadejdzie. Nawet jeśli chcielibyśmy zabawić się w Boga, szepnąć ci do ucha „uważaj, ona nadchodzi” tylko byśmy się wygłupili. Nie trzeba cię ostrzegać, ani nie trzeba być delficką wyrocznią, by wiedzieć, że ona cię śledzi, oplata swoją mahoniową, szponiastą dłonią, by w końcu, z nadejściem wieczora, szarpnąć tobą i stopić się z twoim zimnym ciałem. Przygotowujesz się na nią, jak westfalka, mająca być złożona w ofierze. Robisz makijaż, ubierasz czarną suknię z koronek, którą Moiry uszyły dla ciebie specjalnie na tę okazję. Jesteś gotowa, bo jeszcze niezdolna powiedzieć temu rytuałowi dość. Pustka o metalicznym posmaku krwi i ostrza, słonym smaku łez, owinięta pajęczym dymem o zapachu nikotyny wchodzi w ciebie, jak w kochankę i pieści każdy fragment opuszczonego ciała. Czujesz jej zgniłe usta na swoich, czujesz jak rozchyla twoje uda, penetruje cię bólem i rozpaczą, a ty nie oponujesz, pozwalasz jej wypełnić siebie gęstym nasieniem zniszczenia i samozagłady, by potem razem z nią smakować krew twojego ciała. Jest tak zimno, że krew krzepnie jeszcze w żyłach i z każdą sekundą bezksiężycowej nocy robi się mroźniej, aż lód spowija wszystko co napotkał na swej drodze. Moiry śmieją się z ciebie, patrząc na nici, które plotą z myślą o tobie. Nie jesteś w stanie ich przerwać, są jak węzeł gordyjski, w którego centrum jest tylko ból. Jesteś jak Kirke i Medea w jednym, skazana na rozpacz. Jak Gorgona, której głowę ścięto i strącono w otchłań cierpienia. Wiesz, że nie ma dla ciebie ratunku, że pustka przyjdzie i jutro, i po jutrze, i z każdym kolejnym razem będzie jeszcze bardziej zachłanna i brutalniejsza. Nie prosisz już o katharsis, teraz został tylko metaliczny posmak krwi. Twoja hamartia zaszła za daleko i nie ma od niej ucieczki. Teraz tylko możesz czekać wraz z pustką na exodos, który ukoi twój ból – tylko tyle ci powiemy, choć i to pewnie już wiesz.

„Czym jest miłość? W moim mniemaniu jest to: namiętność, podziw i szacunek. Jeśli człowiekowi są dane dwa z tych elementów, to wystarczy. Jeśli wszystkie trzy, to nie musi umierać, by trafić do nieba.”
William Wharton



komentarze [0]

>> piątek, 10 grudnia 2010 02:24:14
Demotywatory i gorzkie żale na dziś:
1.Bez Ciebie żyć nie mogę, z Tobą nie mam siły.
2.Codziennie znajduję w sobie nową wadę, by zrozumieć dlaczego nie mogę Ciebie mieć.
3.Dlaczego gdy chcę być sama, zawsze ktoś mi przeszkadza, a gdy potrzebuję kogoś obok, widzę tylko pustą przestrzeń?
4.Niech mnie ktoś walnie w twarz, jeśli przy poznaniu kolejnego faceta, powiem, że ten jest akurat inny.
5.Zapomniałam już o Tobie, ale dziś poczułam Twój zapach, i wiesz co, zabolało.
6.To, że Ciebie nie ma przy mnie, nie znaczy, że nie ma Cię we mnie.

A teraz po wyładowaniu napięcia emocjonalnego, wywołanego jak zawsze sztucznie i na siłę, poprzez specjalne, sadomasochistyczne igranie z własną wyobraźnią, która z premedytacją przywołuje wspomnienia, idę spać, na tyle zmęczona i zdegustowana własnym, żałosnym jęczeniem do klawiatury i monitora, by zasnąć bez problemów i kolejnych napięć psychofizycznych.

„- Co robisz w sobotę wieczorem?
- Popełniam samobójstwo.
- W takim razie co powiesz na piątek wieczorem?”
Woody Allen



komentarze [0]

>> środa, 8 grudnia 2010 00:06:05
Dziś moja mama ze łzami w oczach przepisała na mnie cały swój trzydziestoletni dorobek hodowlany, przydomek i psy.
Od dziś jestem formalnie hodowcą.
Obiecuję Ci mamo rzetelnie, uczciwie i z planem prowadzić naszą dalszą drogę.
Postępować z wiedzą i etyką, którą mi przekazałaś, bo gdyby nie Ty, nie miałabym tej pasji, chęci i samozaparcia do realizacji naszych planów.
I wiem, że nie będzie łatwo, bo to nie jest łatwa droga, bo ten „światek” nie jest łatwy i przyjemny, ale zawsze będę odpowiedzialna, za to co przywołam na ten świat i choćby własną krwią będę bronić Twojego, naszego dobrego imienia, jeśli zajdzie taka potrzeba.
To Ty będziesz mi zawsze przykładem dobrego hodowcy, nie dla kasy, ale właśnie dla tej pasji, miłości. Jestem dumna, że mogę kontynuować Twoją pracę i zawsze będę szczycić się Twoim dorobkiem...
...Prawdopodobnie są przerzuty...

* * *

„Kiedy go pocałowałam, przypomniało mi się, że byłam kimś kto ucieka, szaloną osobą. Chciałam żeby ktoś też mnie kochał. Teraz chcę kogoś kto siedzi ze mną na kanapie w Nowym Jorku”
Carrie Bradshaw



komentarze [0]

>> wtorek, 7 grudnia 2010 00:07:51
Chciałabym być pyłem rozkruszonego świata
a ty alchemikiem z dyplomem z ożywiania
zbierasz, zamiatasz, oglądasz dokładnie
wysypujesz wszystko mnie na ciemny, dębowy stół
lepisz, formujesz, krople swojej krwi upuszczasz
szczyptę serca wycinasz
znowu formujesz
i tak nocy sześć i dni sześć magicznych
doglądasz jak dojrzewam
jak rosnę wraz z pieczoną w gorącym piekarniku drożdżówką z truskawkami
i dnia siódmego staję przed tobą stworzona na nowo
z talerzem pełnym gorącego ciasta
i z sercem nowym, krwią swoją z twojej wzburzoną
i dnia siódmego orzekłeś, że to co stworzyłeś dobre jest
i na twoje podobieństwo.

„Poetyzując miłość zakładamy z góry istnienie u tych, których kochamy, zalet, jakich oni częstokroć nie posiadają, a to stanowi dla nas źródło nieustannych pomyłek i cierpień”
Antoni Czechow

No jakiś fakt w tym musi być, bo zakładałam, że jesteś słowny...
Ale zakładałam też, że wszystko nam się uda, że będzie dobrze i temu podobne ble ble ble.
Jak widać moje założenia były błędne, ale ja z logiki nigdy nie byłam dobra – w końcu jak lew walczyłam o 3 na tej poprawce.
No i nurtuje mnie to jeszcze jedno pytanie, głuche i bez odpowiedzi, czy to już koniec, czy jeszcze nie? Hm... byłabym śmieszna, sądząc, że jeszcze nie, ale zawsze lubiłam błaznować.
No tak... zostało mi tylko wiele poszarpanych wspomnieć, doprowadzających mnie do stanów paranoidalno-lękowych, ogólnie do stanów raczej depresyjnych i nieciekawych, i całkowicie zapominając o Mikołajkach nie poprosiłam o życzenie dla siebie – tradycyjnie czytając onetowskie blogi zauważyłam, że najczęściej ludzie proszą o miłość – więc i ja sobie teraz poproszę – w końcu św. Mikołaju, jedna miłość w ta, czy we w ta, nie robi Ci już chyba różnicy, zmieścisz ją jeszcze dla mnie w swoim czerwonym worku, prawda?
Wyrzuć mi ją pod drzwiami, niech zapuka stanowczo, ja otworzę zaspana, a ona niech nie pyta o nic, nic nie mówi – bo miłość słów nie potrzebuje – od razu niech całuje i przytuli, a rankiem słodkim może mi szepnąć do ucha, że zostanie na zawsze, a ja wtedy sparzę jej kawę.
Innych życzeń dla siebie nie mam, może kilka dla innych, no wiesz takich tendencyjnych: o dobro na świecie, mniej złości, chorób i żalu, ogólnie św. Mikołaju, mniej cierpień. No i dla mamy jedno życzenie, wiesz jakie, prawda?
Hm... kocham.



komentarze [1]

>> poniedziałek, 6 grudnia 2010 00:36:52
„Powiedziałeś; „przyjdę do ciebie nocą gdy będziesz
spała skulona jak ciepły mruczący kot.”
I teraz czekam na ciebie przez wszystkie wieczory.
Rozgniatam usta o pierze poduszek rozsnuwam włosy
kolor zeschłych liści po gładkim chłodnym prześcieradle.
Zanurzam ręce w ciemność owijam wokół palców milczące
gałęzie. Ptaki śpią. Gwiazdy nie potrafią uskrzydlić
ciężkich chmur. Noc rośnie we mnie – minuty –
czerwone krople tętniącej krwi przebiegają ostrożnie.
Na palcach powoli przez zamknięte okno wchodzi ostry
zimny księżyc.”
Halina Poświatowska

* * *

Tak zrodzić bym w sobie chciała
poetkę
co pięknie pisze i mówi
co z sercem rozmawia
a rozum w jej zgrabnych palcach
milknie.
Tak zrodzić bym chciała
świata koniec
i świata początek
Ewą być nagą.
Tak zrodzić bym chciała
szaleństwo
i spokój
miłości jeden liść zielony.

* * *

„Czekałam długo
wspierałam włosy na ręce
podpórkę robiłam włosom
z moich rąk samotnych palców

Usta oszukiwałam pieszczotą
kolorowej szminki
czekajcie – mówiłam – ustom
przyfruną pocałunki
opadną
rojem pszczół w wasze różowe wnętrze

I piersi dotykałam ręką
szeptałam w uniesione końce
czekajcie – przyjdzie ten
w którego rąk zagłębieniu
znajdziecie przystań spokojną

i nóg strzelistym wieżom
odwróconym w dół
kłamałam – przyjdzie
i drżały – wierząc

teraz rzucam to wszystko
w chłodną tafle lustra
jak w głęboki staw
i odwracam twarz i się śmieję.”
Halina Poświatowska

* * *

Cały świat w sobie mieć
cały jego głód i brak
całą tęsknotę i żar
w sercu to wszystko mieć
popakować i zmieścić
jak w szufladach, kredensach
za szkłem trzymać
od kurzu raz po raz wycierać
pieścić miękkiej szmatki lnem
wyciągać, oglądać, przestawiać, polerować
wtedy mogłabym ten żar, tęsknotę i brak
i ten żal miłości straconej
pielęgnować
za szkłem trzymać, wspominać
od czasu do czasu łzą na miękkiej szmatce lnu przetrzeć
i kochać
kochać płomiennie tę z serca szafę
i szuflad cały rząd.

„Poezja leczy rany jakie zadaje rozum”
Novalis



Moje notki ciągną się ostatnio jak tasiemcowate odcinki „Mody na Sukces”. No tak, już mój ulubiony i wiele razy przywoływany przeze mnie Freud (niech mu ziemia lekką będzie) mawiał, że niespełnienie seksualne (ja do tego dodaję również i miłosne) doskonale wpływa na twórczego ducha, czego doskonałymi przykładami niech będą chociażby Proust (jemu akurat za te magdalenki ziemia nich będzie jak najbardziej ciężka) czy Michał Anioł. Do tego dochodzą jeszcze te długie, zimowe wieczory, przez które większą część czasu oglądam filmy – nareszcie obejrzałam wszystkie, na które nigdy nie miałam czasu, te na które czasu też nigdy nie chciałam mieć, w końcu i całą resztę, czyli wszystko co podleci, zaczynając od takich kultowych filmów jak Lyncha, Antonioniego (tu naprawdę trzeba mieć mocne nerwy i mocną kawę), Coppoli czy Viscontiego, na kiczu typu wszelkie masakry, apokalipsy, romanse kończąc. Dziś na przykład wieczór taneczny, a że do pustego łóżka jeszcze mi nie spieszno, do „Take the Lead”, dorzucę sobie jeszcze „Step Up”, czyli jak nie zmęczyć rozumu i całkowicie się odmóżdżyć. Hm... mój stan fizyczny? Zważając na to, że jestem cholernie głodna, ale grzechem przeciw wszystkim głodującym w Etiopii dzieciom, byłoby jedzenie o tej porze, całkiem niezły. Stan psychiczno-emocjonalny? Patrz pierwsza część notki i interpretuj sam. Tak, gdybym tak chociaż część tej twórczej energii, która we mnie siedzi poświęciła na pisanie magisterki, mogłabym ją skończyć w tydzień, a chór anielski zagrałby na swoich złotych trąbach Alleluja! A, że talent pisarski to jeden z niewielu, jaki posiadam, ta magisterka mogłaby przejść do historii, a tak historią jest jedynie to, że muszę się za nią zabrać. Od nowego roku, o! – Będę się tego trzymać i za każdym razem, gdy zapomnę, zajrzę do tej notki i w końcu stworzę to dzieło swojego życia! A teraz to „Step Up”, by wcześnie rano wstać tanecznym krokiem i nie złorzeczyć na czym ten świat stoi!

komentarze [0]

>> niedziela, 5 grudnia 2010 16:02:07
Wnioski z wczorajszego wieczoru/nocy, które z pewnością kiedyś przekażę swojej córce, by nie popełniała takich błędów jak mama:

1.Nigdy nie idź na imprezę, w której biorą udział same pary, a ty akurat masz połamane serce! Umiejętność robienia dobrej miny do złej gry zmniejsza się wprost proporcjonalnie do wypitego alkoholu, aż w końcu będziesz musiała mówić że zawsze wzruszasz się na tym filmie, a twoje łzy, to wcale nie skutek emocjonalnego doła.
2.Nigdy nie mieszaj piwa z wódką! Chyba, że lubisz jak impreza szybko ci się kończy, a w nocy wreszcie byś się chciała do kogoś/czegoś przytulić i jest już ci obojętne czy będzie to facet czy miska.
3.Do reguł „pijesz, nie jedź” i „pijesz, nie pisz”, dołącz również „pijesz, nie pal”! Zawsze może się okazać, że akurat papieros, na którego miałaś ochotę, dobije twój stan psychofizyczny, a ściany zaczną mimowolnie falować.
4.Jak już dasz się sponiewierać alkoholowi, zbierz wszystkie swoje siły i racjonalne myślenie, by postawić sobie przy łóżku wodę! Uczucie kaca giganta o trzeciej nad ranem nie jest miłym doświadczeniem, tym bardziej, gdy nie masz siły dojść do kuchni.
5.Zadbaj o to, by w takich wypadkach zawsze mieć pod ręką miskę i gumkę do włosów! Przyczyn takiego stanu rzeczy chyba nie będę musiała ci tłumaczyć, prawda?
6.Wszystkie Basie są złe! To moje drogie dziecko będę ci powtarzać od kołyski.

„Nec sine te, nec tecum, vivare possum”
Owidiusz



komentarze [0]

>> piątek, 3 grudnia 2010 22:49:28
Przez cały dzień niby na Ciebie nie czekałam. Ot co, wiedziałam, że przyjedziesz, bo uwierzyłam w Twoje słowa, wiedziałam, że będziesz tylko tyle. Ale z każdą kolejną godziną zbliżającej się nocy czekałam coraz mocniej i coraz mocniej wiedziałam, że się ponowie rozczaruję. Mimo tego przyszedł ten smutek i żal, gdy miałeś być, a jednak nadal Ciebie nie było. Na odgłos samochodu na ulicy biegłam do okna z nadzieją, nasłuchiwałam w cichym domu każdego szmeru, bo być może zaraz zapukasz. I dlaczego ponownie płaczę, a moje serce czuje się jak wyrwane i poćwiartowane? Zdecydowanie lepiej było, gdy się do mnie nie odzywałeś, gdy wiedziałam, że i tak Cię nie zobaczę. Już wczoraj po rozmowie z Tobą i po tym „przyjadę po pracy” wiedziałam, że ponownie będę cierpieć, czuć tę gorycz i pustkę. A jednak miałam nadzieję. Dajesz mi ją, a potem zabierasz, bawisz się ze mną będąc świadomym jak bardzo mnie to rani. Chciałabym o Tobie zapomnieć, ale mi nie dajesz, zjawiasz się, pozostawiając po sobie zgliszcza w mojej głowie i sercu, potem zbieram się do kupy, udaje mi się bez Ciebie żyć, a Ty znowu się zjawisz i koło się zamyka, jak koło sansary. Myślałam, że nie chcę Cię widzieć, nawet wczoraj jak powiedziałeś, że będziesz było mi to obojętne, a jednak dziś czekałam z nową wiarą w nas. A teraz siedzę i po raz setny wylewam łzy i cierpię w samotności, a pewnie mimo tego, gdy kolejnym razem napiszesz, że będziesz, uwierzę Ci znowu i znowu będę i czekać, i płakać, i czuć ten cholerny ból.

Czuję się jak schroniskowa suka, którą ktoś wywalił na bruk, a ona mimo tego i tak kocha i czeka, bo powierzyła temu komuś swoje serce i życie, i zza krat zimnego kojca wypatruje z nadzieją, że ten ktoś w końcu po nią przyjdzie.

Jestem żałosna.
Dobranoc życie.

"Ze wszystkiego co czytam, lubię tylko to, co krwią było pisane. Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem."
Tako rzecze Zaratustra



komentarze [0]

>> piątek, 3 grudnia 2010 02:33:47
Mała Panna przeszła już tak długą drogę, że całkowicie zapomniała o Lodowatym Gaju. Zapomniała o Obojętności i lodzie. Przeszła niezliczoną ilość dróg, czasem niektórymi z nich chadzając dwa czy trzy razy, czasem zatrzymywała się na dłużej w jakimś miejscu, przystawała by odetchnąć. W tawernach poznawała kolejnych przybyszy, zaznała smaku Prawdziwego Świata, emocji, piła wino z męskich ciał, zlizywała ich pot i łzy. W tej podróży dorosła, wyrosła z białej, zszarganej przez podróż sukienki, stała się kobietą. Nauczyła się jak być dziwką i suką, nauczyła się miłości i rozkoszy. W jednej ze swych dróg poznała Lwa i zostawiła Miecz. Oczywiście Miecz nie pogodził się ze stratą Małej Panny, śledził ją czasami, widząc jak przeistacza się z dziewczynki w kobietę. Czasem korzystał z jej rozłąki z Lwem i wtedy przychodził, próbując przypomnieć Małej Pannie jak dobrze było w Lodowatym Gaju, jednak ona już sobie tego nie przypomniała, wykorzystując Miecz jedynie do zagłuszenia bólu Prawdziwego Świata. Długa droga Małej Panny dała jej nowe cele i nigdy już nie zaprowadziła ponownie do Lodowatego Gaju. „Czyżby Lodowaty Gaj się roztopił?” – myślała nieraz zdziwiona, trzymając Lwa za włochatą łapę, ale nigdy nie wspominając mu o tym miejscu, niegdyś bezpiecznym domu, które teraz przywodziło jej na myśl tylko samotność. Lew dał Małej Pannie oparcie, ciepło swego miękkiego futra, uwolnił ją od samotności, szczerząc na nią białe, ostre kły. Jednak na jednym ze skrzyżowań oboje wybrali inną drogę. Od tamtej pory ich podróże czasem się splatają, ale oboje wiedzą, że się minęli, że Mała Panna nigdy nie powinna puszczać włochatej łapy Lwa, bo bez niego się zgubi. Mała Panna stała się kobietą. Wie już, że w podróży niepotrzebny jest jej towarzysz, że potrafi już bezpruderyjnie spijać wino z męskich ciał, jednak wspominając drogę, którą przebyła z Lwem poczuła coś, czego do tej pory nie zaznała, smak tęsknoty i braku. Droga Małej Panny jest długa i wyboista, a ona cały czas ma nadzieję, że odnajdzie drogę do Lwa, zanim będzie za późno i nauczy się ją przebywać bez Niego.



komentarze [0]

>> czwartek, 2 grudnia 2010 01:17:41
Lubię zimę. Właściwie lubię każdą porę roku, pod warunkiem, że świeci słońce, nie pada deszcz i nie ma błota, co w naszym klimacie wklucza z mojego lubienia co najmniej połowę roku. Ale ja nie o tym, choć taka dygresja pogodowa nasunęła mi po tych ostatnich kilku dniach. Mimo tego, że w moim sercu pustka, to dzięki słońcu, śnieżnobiałemu śniegowi, mrozowi, a co za tym idzie wełnianej czapce, którą w wieku młodzieńczym moja mama zrobiła na drutach, a ja przejęłam w schedzie, potrafię jechać samochodem i śmiać się pod nosem, sama do siebie i nucić lecące z telefonu piosenki. Ale ja też nie o tym. Ja o tym, że mimo tego wszystkiego złego co nas spotkało, mimo choroby mamy, a właściwie dzięki tej chorobie (jak to głupio brzmi!) nasza rodzina się scementowała. Jakoś tak więcej czasu ze sobą spędzamy, więcej rozmawiamy, pomagamy sobie, już nawet nie pamiętam kiedy kłóciłam się z tatą, a patrząc na poprzednie lata, gdzie przez nasz dom słowa nieraz przelatywały jak huragany, jest sukcesem. Dzięki tej chorobie również zaczynam wiedzieć dokąd zmierzam. Ostatni rok dużo mnie nauczył, i tych metafizycznych rzeczy, ale też tych zgoła pragmatycznych – obsługa pralki, gotowanie (co jeszcze idzie mi jak krew z nosa) i wielu innych. Tak, wiem dokąd zmierzam, jaki mam cel. Jeszcze tak do końca nie wiem jak go zrealizować, jak do niego dojść, ale wiem czego w życiu chcę. Pamiętam, to jeszcze było tak niedawno, jak bałam się przyszłości, bałam się tego co z sobą zrobię, dziś się już nie boję. Może czasami tylko myślę za dużo, za dużo się przejmuję. Chcę pozostać przy tym co robię, tym się zająć, i dom – choć nie zawsze mam na niego czas i chęci, i realizowanie siebie, własnego artystycznego ja. To nie jest takie trudne, jak mi się wydawało. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko tego kogoś kto chciałby przy mnie trwać. Czasem jakaś kolacja przy świecach, seks na stole, wymieniona żarówka, zrobione śniadanie, latające talerze czy trzaśnięcie drzwiami. Oj wiem, miłość to nie bajka, ale czasem pozwala nam czuć się jak w bajce. No i ta moja, mała Zosia sama się też nie spłodzi, prawda? Nie mam zamiaru być starą panną, oj nie, może jeszcze setki razy nie trafię na „tego jedynego”, a może w końcu, w akcie desperacji wezmę „pierwszego lepszego”, ale nie przestałam wierzyć w miłość. Mam nadzieję, że za rok napiszę to samo i mimo tych złych rzeczy, które zapewne mnie jeszcze spotkają, pozostanie we mnie ta radość życia i naiwna nadzieja.

A co do Ciebie, to.... no cóż. Od dwóch dni czekam na odpowiedź czy to już koniec czy jeszcze nie. Jak znajdziesz czas, to ze mną porozmawiasz, jak mówiłeś. Chyba zabiłeś coś we mnie. Zabiłeś to uczucie, ten brak i tęsknotę. To zadziwiające, jak jednym „nie czuję już potrzeby mieć cię przy sobie” można zniszczyć tę potrzebę u osoby, do której kieruje się owe słowa. Nasze kontakty ostatnio opierają się jedynie na kontaktach not face to face. Rozmowy o Twoich długach, o tym jak pomagam (choć nie wiem dlaczego to robię, teraz chyba tylko dla Twojej mamy) wyjść z bagna komuś, kogo w nie wpakowałeś. Nie wiem kiedy się zobaczymy, nie wiem jaka będzie Twoja odpowiedź, ale dla mnie to raczej koniec. Jeszcze kilka dni temu mieliśmy na czym budować nasz związek, mieliśmy moją wiarę i nadzieję, moją siłę i chęci. Dziś już chyba nie mamy nic, bo nie wiem czy znajdę w sobie choć ułamek tego, do czego byłam zdolna kilka dni temu. No cóż. Wszystko zależy od Twojego podejścia, od tego co mi powiesz. Niezależnie co to będzie będę miała w sobie tę radość życia, bo moje życie nie kończy się już na Tobie, ono się na Tobie dopiero się zaczyna, z Tobą czy bez, zaczyna się od początku.



EDIT godz. 18.26
EDIT bo się jeszcze ten zimny, zaśnieżony, zasypany dzień (jeszcze nigdy nie przewaliłam tyle śniegu w jeden dzień) nie skończył. Właśnie zakrztusiłam się Raffaello od Ciebie – to pewnie jakaś kara sił wyższych, ostrzeżenie od losu, że mam być grzeczną dziewczyną, bo moją śmierć spowodowaną przez kokosową wiórkę wpiszą do księgi najdebilniejszych śmierci świata. A może je zatrułeś, co, by mieć jeden problem z głowy? Ogólnie to przyjeżdżasz sobie jak ironiczny bohater Woody'ego Allena, wręczasz mi Raffaello w podzięce za ostatnią pomoc – tak, iście zabawne, rozwiązywać Twoje problemy nie mając Cię przy sobie! Po czym gotowy jesteś by odjechać bez ani jednego wyjaśnienia. A gdzie do cholery ta rozmowa o nas, co? Oczywiście, gdyby nie ja, to i rozmowy by nie było, tylko, że nie za wiele ona wniosła do Twojego postrzegania świata. Jak to już kiedyś napisałam czerpiąc z Satyriconu XLVII:

Pomiędzy mężczyzną a miłością
jest kobieta
Pomiędzy mężczyzną a kobietą
jest świat
Pomiędzy mężczyzną a światem
jest mur

Tak właśnie mi się wydaje, że między Tobą a światem jest mur. Jeśli mnie nie kochasz, to po jaką cholerę chcesz się ze mną jeszcze spotkać? Jeśli mnie nie kochasz, to po jaką cholerę jest rozważanie o nas? W miłości nie ma rozważań, kocham lub nie, i tyle. Kocham, to jestem z tobą, przy tobie, nie kocham, nie jestem. To jest tak banalnie proste! W miłości nie ma rozważań, pojawiają się one, gdy i miłość znika. Jeszcze parę dni temu byłam gotowa rozpieprzać ten mur gołymi rękoma, jak w „Skazanych na Shawshank”, uwolnić Cię od niego, pokazać świat za nim. Prawie jak Narnia, tylko bez szafy, a z murem. Dziś nie wiem czy mam chęci, odwagę i wiarę na takie czyny. Zawsze mówiłam, że lubię melodramaty, ale Ty chyba umiłowałeś je bardziej, gustując raczej w ich gorszym, wenezuelskim wydaniu. Masz jeszcze jedną szansę ode mnie. Oczywiście nie jest już tak płomienna i pragnąca jak była kilka dni temu. Oczywiście nie ma już tego braku, wyrwanego serca. Trochę to wszystko wyszło groteskowo, trochę jak w krzywym zwierciadle, trochę śmiesznie i płaczliwie, jakoś tak jak z niskobudżetowego filmu klasy B.

„Przez całe swoje życie będziesz mówił ludziom żegnaj.
Nie pozwól, żeby to nie pozwoliło ci kochać.”
No mires para abajo

komentarze [0]


human tales



add me to your tale
tale about myself
// readers

old stories
2007
luty (8)
marzec (8)
kwiecień (5)
maj (3)
czerwiec (10)
lipiec (8)
sierpien (16)
wrzesień (10)
październik (5)
listopad (12)
grudzień (13)

2008
styczeń (18)
luty (10)
marzec (18)
kwiecień (8)
maj (10)
czerwiec (4)
lipiec (8)
sierpien (8)
wrzesień (8)
październik (10)
listopad (6)

2009
styczeń (2)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (1)
lipiec (3)
sierpien (1)
wrzesień (4)
październik (3)
listopad (1)

2010
styczeń (1)
sierpien (1)
wrzesień (5)
październik (5)
listopad (18)
grudzień (15)

2011
marzec (1)



credits






tale written by Delilah, pictures by The Goddess of the Autumn