>> niedziela, 30 listopada 2008 21:55:53
Mam trochę czasu, zanim ten mój Hero, przez wielkie i drukowane H, wróci z pracy. Co prawda nie mam dziś nastroju na romantyczne widzenia (nic nie może tak człowiekowi zepsuć nerwów jak photoshop i wizja zajęć ze znienawidzoną K.E.! WRRRRR!), a do tego jutro kartkówka z równie znienawidzonego niemieckiego (po co człowiekowi uczyć się świąt niemieckich z datami? Chyba, że znajdę sobie jakiegoś Hansa czy Klausa i będę mu wysyłać kartkę na Zielone Świątki). Ostatnio pokłóciłam się z moim Hero… o co? O DZIECI! Zderzenie poglądów dojrzałego faceta i nie lubiącej dzieci mnie, a najbardziej śmieszna w tym wszystkich była jego riposta na moje argumenty przeciw, czyli całą litanię o tym, że to nie ty będziesz: rano rzygał, miał aseksualnego brzucha, spuchniętych kostek, dwunastogodzinnego porodu, rozcinanej pochwy i dwu miesięcznych upławów. On mi na to wszystko, że to NIE JA będę w nocy szukać śledzi i czekolady! KLĘKAJCIE NARODY! Jeśli perspektywa szukania w nocy śledzi i czekolady jest straszniejsza od szwów na pochwie, okresu przez dwa miesiące i braku życia seksualnego tego powodu, to naprawdę, facet jest najprościej skonstruowanym gatunkiem zaraz przed amebą i pantofelkiem! I właśnie wrócił ten Hero, co tak się boi tej czekolady i śledzi – czy jeśli mu jebnę, tak dla zasady, jego mózg zacznie normalnie pracować?
A tak z innej beczki, ogarnęła mnie świąteczna gorączka szukania prezentów (już prawie wszystkie mam popakowane) – ten kto wymyślił sklepy internetowe powinien dostać Nobla! Niestety czas Świąt przeszedł w naszej kulturze już do czasu profanum i zaczyna się już po Święcie Zmarłych, a gwiazdkowe ozdoby w każdym sklepie zachęcają do kupowania. W tym roku jakoś zgrabnie mi to poszło, nie dałam się wciągnąć w wir konsumpcjonizmu, a pieniążków ze stypendium starczyło, a nawet zostało do książki dla mnie, czyli sobie tez kilka prezentów zrobiłam ^.^
Idę do tego mojego Hero, bo mi wyrzyga, że go nie kocham.
PS. Do baznadziejnej-ja, która komentowała poprzednią notkę: oczywiście, że możesz mnie dodać, oczywiście, że wpadnę do Ciebie, ale Kochana zaloguj się, bo tak jakoś nie za bardzo mogę Cię odnaleźć ^.~ Do następnego komentarza!
komentarze [13] >> piątek, 21 listopada 2008 01:46:00
Czwartkowa noc, to dla mnie tak jak piątkowy wieczór – zajęcia kończę w czwartek więc i weekend dłuższy. Nie jestem typem imprezowicz ki – wędrowniczki, więc moje czwartkowe imprezy spędzam przed komputerem nadrabiając zaległości z tygodnia. Regułą stało się, że trafiam na kilka przypadkowych, onetowskich blogów, pseudo filozoficznych, życiowych. Wszędzie to samo – seks, miłość, dzieci i ciąże – jeśli prowadzą je kobiety i seks, te wyrodne kobiety i seks – jeśli prowadzą je mężczyźni. Bo w gruncie rzeczy wszyscy piszemy o tym samym i wokół tego kręci się świat – „sex sell” – jakby to powiedziano na medioznawstwie czy kulturze audiowizualnej. I nie mam zamiaru tu nikogo krytykować, bo u mnie też to jedne z głównych tematów – od momentu jak odkryłam swoją zwichrowaną kobiecość. A dziś tak konkretnie trafiłam na trzy blogi, które jakoś poruszyły mój instynkt buntownika i krytykanta: pierwszy z nich prowadzony przez chrześcijanina z zamiłowania, trzydziestoletniego prawiczka i zastanawiam się czy to realne i czy przypadkiem ten pan nie ma swojego wyimaginowanego świata, w którym swobodnie egzystuje jego wybujała wyobraźnia (choć jak spojrzę na przykład mojego eks i jego dwudziesto ośmioletniej dziewicy, pani ginekolog, to nasuwa mi się jeden z teksów popularnych u nas na roku: „i to jest właśnie smutne”). Szanuję wszystkie poglądy, znam wiele dziewic (nawet na roku mam ich wiele), ale nikt mi nie wmówi mi, że okazywanie miłości fizycznie, nawet poprzez pocałunki czy przytulanie to grzech niewybaczalny i trauma dla partnera/partnerki, która o tym grzechu popełnionym się dowie. Ja dziewictwo straciłam w wieku lat siedemnastu i to nie z pierwszym lepszym (byliśmy razem 3.5 roku, niestety wszystko się kiedyś kończy) i wspominam to miło, a dla mojego obecnego mężczyzny nie jest rozdzierający umysł i serce ból. Dla mnie jego byłe partnerki, to też rzecz normalna (w końcu w jego wieku pod trzydziestkę, większość była nieunikniona, a martwić bym się zaczęła, jakby nie zrobił nigdy użytku z tego co Bóg mu między nogami stworzył). I wręcz przeciwnie jakoś umiemy o tym rozmawiać, żartować (choć w tym momencie mogę odpowiadać za swoje uczucia kłębiące się w korze mózgowej, bo kto tam faceta rozgryzie – jeśli jest ktoś taki dam mu Nobla!) i pytać bez ogródek pół żarem czy serio „jaka ta twoja Alicja była w łóżku, a jaki był Twój Przemek?”. Od seksu serwowanego na każdym kroku w wyzwolonym społeczeństwie nie uciekniemy, ale sęk w tym, by robić to wszystko z głową, tak by nie płakać, żałować, z odpowiednimi ludźmi (i mam nadzieję, że to nie hipokryzja w ustach tej, co imienia jednego ze swych kochanków nawet nie znała, bo nie zdążyła zapytać), seks częściej łączy niż dzieli, gdy kochamy się z przekonaniem, nutką zaufania nic złego się nie zdarzy (chyba, że niechciana ciąża – ale wtedy już nie ma w tym tego „z głową”)
Jak widać długie jesienno – zimowe wieczory jak co roku pobudzają mnie do pisania mądrzejszych lub też głupszych wywodów, ale jak to każda babeczka czasem mam coś do powiedzenia i musze się na tym moim babińcu wygadać.
komentarze [4] >> czwartek, 20 listopada 2008 00:46:48
O miłości słów kilka…
Miłość – czy jest to coś, czego możemy się na nowo nauczyć, a jeśli tak, to kiedy do nas przyjdzie? Czy może nawet w zły dzień? Skąd możesz wiedzieć, co może cię odmienić? To właśnie jest miłość: to coś niemożliwego, co może zmienić twoje zimne życie. Kiedy pojawia się miłość, wydaje się zjawiskiem nadprzyrodzonym, ale w końcu musisz jednak wstać z łóżka. Musisz wierzyć w to, co się dzieje, wierzyć w każdą deklarację, jaką składa miłość, bo w przeciwnym wypadku mógłbyś równie dobrze wrócić do jadłodajni i znów czekać na kogoś, kto całkiem o tobie zapomniał. Miłość oznacza, że strasznie kogoś lubimy i nie chcemy się spieszyć. Każdy z nas wie, o co tutaj chodzi. Oto miłość, naga prawda, którą poznajesz, wszedłszy wreszcie do środka. Oto miłość raz jeszcze: dzwoni do drzwi, a ty jej otwierasz, o ile nie wygląda na mordercę z siekierą. Wszyscy jesteśmy z nią mniej lub bardziej oswojeni. Czy miłość nie jest dzieleniem się z innymi? Czy miłość nie polega na otwarciu torby ze słodyczami i rozdawaniu ich albo na upichceniu czegoś z produktów spożywczych, które dostarczyło się komuś do domu? Jeżeli miłość polega na dzieleniu się, to trzeba się nią dzielić. Miłość wprawia świat w ruch, jak powiadają na wespół wszystkie przeboje. W takich właśnie chwilach zaczyna się miłość: kiedy ludzie zaczynają coś udawać, grają, żeby doprowadzić do wiadomo czego, a ich imponujące kłamstwa aż spływają sokiem nadziei. Miłość ogniskuje się zatem na symbolice, dzięki której każdy pocałunek zdaje się kluczowy, a każdy kolejny krok jest jakby budowlą.
Zaczerpnięte z „Natychmiast, mocno, naprawdę” Daniela Handlera – urodzinowego prezentu od G. (który notabene wybrałam sobie sama – bo to też jest miłość, kiedy mówimy czego chcemy i dostajemy to, bo priorytetem miłości jest dawać to, czego się zapragnie).
komentarze [1] >> poniedziałek, 17 listopada 2008 23:47:43
Tak dzisiaj idąc przez „mój” most i patrząc na taflę wody, przyszło mi do głowy, że lata nastoletnie dawno mam już za sobą, a co za tym idzie życie stało jakby łatwiejsze. Nie ma już tej setki banalnych problemów, które wydają się pępkiem świata – czy on mnie kocha, czy ja kocham jego, czy innego, kolejna pała w szkole, nielubiana matma, kolejna nieobecność, mama się czepia, mam szlaban – wszystko to przeszłam w miarę łagodnie, ale wiem, że wtedy były to rzeczy przez które świat się zawalał, a życie było katorgą. Dopiero studia stały się pierwszym, a zarazem ostatnim oddechem wolności – pierwszym bo wreszcie można być samodzielnym, ostatnim, bo dorosłe życie wciąż idzie dwa kroki za tobą i od czasu do czasu szeptem do ucha, przypomina o swoim rychłym nadejściu. Dopiero tu można robić wszystko na własną rękę – czy uczysz się, czy imprezujesz, czy masz tego faceta, czy innego, a jeszcze z kim innym sypiasz, robisz to tylko na własną odpowiedzialność, i tym rządzą się te lata młodości, że nawet gdy rodzice czy wykładowcy powiedzą ci to czy tamto i tak zrobisz, jak będziesz uważał. Oczywiście i w tym okresie można nieźle dostać łopatą po łbie, ale jeśli tak dostaniesz to tylko z twojej winy. I mimo tego, że przez okres trzech lat studiowania nie szalałam nadzwyczajnie – nie piłam, nie imprezowałam nadmiernie, seks bez zobowiązań uprawiałam trzy razy (ostatni mnie związał niestety) – nie żałuje ni minuty – mam dobre przyjaciółki, smaczną kawę nieopodal, stypendium naukowe, genialnego faceta. To wszystko sprawia, że ogarnęła mnie taka przeciętność, dzięki której mogę wziąć psy na smycz, faceta pod ramię, pójść na spacer, a po powrocie robić z nim naleśniki (i krzyczeć: „pomocy, Grzegorz, ten naleśnik się nie rozlewa!). Studia to dobry czas na osiągnięcie tej zwyczajnej przeciętności, stabilności, która zaowocuje podobną dorosłością (oby!) – niech nikt tego czasu nie zmarnuje…
komentarze [3] >> niedziela, 16 listopada 2008 00:12:37
Ponury, monotonny listopad, przeplatany wiatrem, deszczem i zwyczajnością. Rozpoczęty Świętem Zmarłym i corocznym strachem przed zakończeniem podziwiania cudów tego świta – człowiek zawsze dokądś zmierza stąd cały mit chrześcijaństwa i pragnienie by nawet po śmierci dalej zmierzać, żyć i podziwiać. Potem kolejne urodziny nie tylko moje, ale też tak długo oczekiwanych i upragnionych szczeniąt – teraz wiem co czują matki wstając w nocy do dzieci i ich pilnując, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że dzieci mieć nie chcę, bo przy szczeniakach trwa to dwa miesiące, przy dzieciach dwa lata. I czas lecący szybko, dzień krótki i noce długie. I czwartki, w który nienawidzę K.E. (wykładowczyni od technik plastycznych w mediach, suka, pizda, szmata, grzybem zarośnięta, ograniczam się do inicjałów, bo może dziwka w Google wpisuje swoje nazwisko i patrzy co o niej piszą) – NIENAWIDZĘ JEJ i jej przedmiotu też! I wieczory po zajęciach, w których oddaję urokowi kapitalistycznego konsumpcjonizmu i chęci posiadania wydając bajońskie sumy pieniędzy – uwielbiam zakupy. I długie weekendy, kochany G. i dobra książka w łóżku przed snem. Jednostajny, monotonny listopad.
Przymierzam się do pisania pracy licencjackiej – „Chrześcijaństwo w Japonii wczoraj i dziś” – Jeśli ktoś z Was czytał ciekawą książkę na ten temat, ma jakiś mądry link, to proszę o podanie tytuły i autora, linku itp. Czyli pomoc mile widziana ^^
komentarze [3] >> niedziela, 9 listopada 2008 02:13:55
Jakieś dwie godziny temu skończyłam 22 lata. Jak się z tym czuję? Chyba świetnie! Jeszcze jakiś czas temu bym zrzędziła, że to kolejny rok by coś zmienić, by wydorośleć etc. A dziś mogę powiedzieć, że nie mam co rozmyślać i filozofować – wszystko się ułożyło, układa, a jeśli nie, to ułoży z pewnością. To był udany rok i wszystkim, którzy ze mną byli, przysporzyli mi nerwów lub radości, dziękuję. Mam nadzieję, że w kolejne urodziny będzie mi towarzyszył identyczny stan psychofizyczny. Jestem szczęśliwą dwudziesto dwulatką ^_^!
A co oprócz tego? (Bo dawno mnie nie było, choć nieraz pojawiała się ochota na zapisanie kilku mądrych myśli).
1.Nareszcie dostałam pieniążki ze stypendium naukowego – wielkie zakupy i w jeden dzień się rozpłynęły – ale potrzebna mi była zakupo – terapia.
2.Rozbetwiłam się i rozbeszczelniłam i jak na studenta III roku przystało w szkole bywam od święta (ale spokojnie, zawsze wagarując jestem racjonalna).
3.Nadal jestem szczęśliwa, bez żadnych życiowych niedosytów – dziękuję G. bo w dużej mierze to dzięki niemu. Kocham.
Um… stara dupa ze mnie ^_~
komentarze [7]