>> poniedziałek, 31 grudnia 2007 02:11:08
Angie nadal się nie ogarnęła i ma tak niesamowity humor, że nie potrafi się ogarnąć i nadal pisze w trzeciej osobie o.O”, i używa emoti-coś-tam, czego nie lubi w notkach XD.
Dobra, zbieram się już! I zastanawiam się jak długo jeszcze moje wywody blogowe będę zapisane w takiej formie… Czy już całkowicie mi odbiło? Chyba tak! Jutro jadę zakupić sobie nowy telefon, bo już nie potrzebuję telefonu jako zegarka, tylko wreszcie do rozmów. Nikt nie powiedział, że związek na odległość jest łatwy, ale z pewnością łatwiejszy będzie z telefonem, który ma sieć i nie musi być wiecznie podłączony do ładowarki.
>> Dziewczyna Adasia powinna być taka jak Angie. << - pentatonika (Dziękuję za doprowadzenie do porządku i przy tym pozostanę.)
Kocham Pana, Pan o tym wie prawda?
Nie zapomni Pan o tym?
Ale wie Pan, że czasem jestem nieznośna? Wytrzyma to Pan?
Niech Pan powie, że wytrzyma!
Bo spalę Pana koszulkę, nie ja Panu nie grożę, ja chcę tylko Pana zatrzymać, teraz gdy Pana mam…

EDIT z godziny 3.16:
Rozbudził mnie Pan! Rozbudził i pobudził! Jest Pan okropny, bo robi to Pan, kiedy Pana przy mnie nie ma!
I co ja mam teraz zrobić? Zasypianie bez Pana i tak jest wystarczająco trudne…
Czy przyśni mi się Pan tej nocy?
Zrobi to Pan w rekompensacie za wywalenie z łóżka?
Niech Pan śpi teraz, by jutro miał Pan siły na jeszcze mocniejsze kochanie mnie, mój Drogi…
komentarze [5] >> niedziela, 30 grudnia 2007 00:58:14
Angie siedzi tu sobie w Adasiowej koszulce, wącha ją co jakiś czas pomiędzy kolejnymi zaciągnięciami papierosem, a łykami zimnej już zielonej herbaty, zastanawia się nad sensem egzystencji i stwierdza, że nie chce Adasiowej koszulki, a samego Adasia, no i pisze w trzeciej osobie liczby pojedynczej (teraz chwali się, że zna polską gramatykę), czyli już jest z angie źle. Już minęła angie euforia, bo angie zmienia się jak kalejdoskop, i zastanawia się jaka powinna być jako dziewczyna Adasia. Mam ochotę komuś jebnąć! Angie straciła już zbyt wiele czasu i od jutra zaczyna się uczyć, a teraz, gdy już bredzi idzie spać, choć i tak wie, że nie zaśnie. Dobranoc angie i na Boga, ogarnij się wreszcie i pozbieraj!
komentarze [4] >> sobota, 29 grudnia 2007 12:57:41
Kiedy jestem szczęśliwa nie potrafię pisać mądrych i głębokich notek ^^”.
Dlatego dziś, teraz, umieszczę tylko trzy punkty, z których cieszę się jak dziecko:
1.Pierwszy raz w życiu mam zrobione żelowe paznokcie, a co za tym idzie nareszcie mam ładne dłonie!
2.Nareszcie mogę powiedzieć „mój Adam”, a to tak pięknie brzmi!
3.Moje żelowe paznokcie cudnie komponują się na Jego ciele…
Mój stan zbliżony do euforii nie pozwala mi składnie poukładać myśli. Tak, jestem szczęśliwa… Dlatego i sobie i Wam oszczędzę czytania moich głupawych wywodów. Posiedzę sobie tu jeszcze, pouśmiecham się sama do siebie, parę razy powtórzę „Mój Adam”, aż w końcu poczuję, że to się cholera stało naprawdę!
EDIT:
A najgorzej obudzić się rano, poczuć Pana zapach i stwierdzić, że nie ma Pana obok mnie, a przecież specjalnie zrobiłam dla Pana wolne miejsce tuż obok…
komentarze [1] >> czwartek, 27 grudnia 2007 00:11:43
Za chwilkę dwunasta, a ja wpieprzam barszcz z uszkami – dbam o linię, której nie posiadam! Matko! Czeka mnie odchudzanie, bo tłuszczyk chodzi za mną i szepcze złośliwie „masz mnie coraz więcej!”. Choć muszę przyznać, że przestalam krępować się swojego ciała, które jeszcze do niedawna było bardzo przez mnie znienawidzone. Już nie wstydzę się odstającego brzuszka i dużej pupy, co udowodniłam tej nocy z Panem A. Kolejny quest zaliczony. Tylko jak tu się wstydzić Pana A.? Nie potrafię! Czy to dobrze? Chyba tak, bo nie wstydzę się siebie. Dobra koniec lamentowania…
Święta, Święta i po Świętach! Jak to dobrze napisać, a jeszcze lepiej odczuć! Jak ja nie lubię tego obłudnictwa (czy jest takie słowo, bo mi Word podkreśla? Jak nie ma, to jest to moje słowotwórstwo, stworzone na potrzebę tego tekstu). Na Wigilię tata przyszedł już podchmielony. Kurwa, kiedyś wepchnę mu te butelki do gardła i niech szkło też żre. Klimat ogólnie dobry. Nawet starałam się być miła. Ale drugi dzień Świąt już nie był na moje nerwy. Niestety kiedy widzę brata taty – prymitywnego imbecyla, jego córkę – najpiękniejszą i najmądrzejszą w całej rodzinie, wchodzącą w tyłek dziadkowi, by tylko dostać od niego kasę, ciocię – alkoholiczkę, ogólnie traktowaną jak szmatę przez wujka – imbecyla, to naprawdę mnie strzela. Nie ma jak to świąteczny duch i nastrój ogólnej miłości i uwielbienia. Dobrze, że widzę ich tylko dwa – trzy razy na rok, bo chyba bym się zbiła. Najbiedniejsza w tym wszystkim moja ukochana mama, która uwielbia ich wszystkich tak samo jak ja. Gdy tylko wróciłyśmy z tej świątecznej farsy, poprawiłyśmy sobie humor kokosowym likierem.
Przed chwilką podjechał samochód po moją sąsiadkę wypełniony kawalerami. Czy teraz będę narzekać? Tak! Ale na siebie. Bo to chyba moja wina , że wolne wieczory spędzam w domu, stukając w klawiaturę komputera jak oszalała. Mam ochotę wyjść i poszaleć, nawet przejrzałam książkę kontaktów w telefonie, tylko, że nie mam tak bogatej listy znajomych. Mogłabym zadzwonić do Patrycji, pojechać do Bydgoszczy i spić się z nią, ale chyba nie o takich znajomych mi w tej chwili chodzi. Chyba nie muszę pisać kogo mi brakuje, bo to był by szczyt użalania się nad sobą, a i tak już pewnie wszyscy zrozumieli.
Dobrze, zrobiłam się ironiczna i użalająca, więc to chyba najwyższy czas, by skończyć pisać!

EDIT z godz. 00.58
Czekam na ten jeden znak, czekam na te kilka słów, czekam tak po prostu, bo czekanie wychodzi mi najlepiej, ale czekając nie zajdę daleko... (Mądre słowa by me)
komentarze [11] >> niedziela, 23 grudnia 2007 23:59:02
Basia: „A ty co za melinę u babci w mieszkaniu zrobiłaś?”
Me: „Em… No… Ja? Ależ żadną!”
Bo przecież ja meliny nie robię, jestem grzeczna i kochana, a poza tym gościnność mam we krwi.
Mogłabym opisać, streścić te cztery dni, ale chyba nie posiadam takich zdolności odzwierciedlających… Dziękuję tylko tym, co nie pozwolili mi zginąć samej w smutnym mieszkaniu: A. Patrycji i oczywiście Panu A. za spełnienie mojego, małego marzenia i podarowania tych kilku cudownych chwil…
Bo jestem jakaś zamyślona i częściej patrzę w okno…
>>Gdy nie ma ciebie, nie ma tez trochę mnie…<< Cytat z bloga Siostry
* * *
Korzystając z chwili (bardzo długiej chwili) przerwy w Świątecznych przygotowaniach, składam Wam wszystkim Świąteczne życzenia już teraz, bo nie wiem czy jutro uda mi się znaleźć czas (w końcu muszę jeszcze posprzątać). Życzę Wam spokojnych i pogodnych Świąt, miłej i broń Boże sztucznej atmosfery przy rodzinnym stole, wiele prezentów, nie tylko tych materialnych ale i duchowych. Spełnienia marzeń i rozwiązania wszystkich dręczących Was problemów. Niech te Święta będą dla Was niezapomniane.
komentarze [4] >> wtorek, 18 grudnia 2007 20:19:16
Z wielkim żalem, ale opuszczam Was. Spokojnie, nie płaczcie, nie popadajcie w depresję, nie chlastajcie się ^^. W sobotę jestem return! Ja i mój pies przenosimy się do mieszkania dziadka, aktualnie mieszkanie to nazywa się „norka schadzek” ^__~. Obiecałam, że będę go pilnować, pod nieobecność dziadka, więc mam klucze do raju ^^. Do soboty moi kochani!
komentarze [8] >> wtorek, 18 grudnia 2007 03:22:20
Zamknęłam drzwi, ale zacząłeś do nich pukać, gdy jeszcze byłam w swoim kamiennym, okrągłym pokoju. Nie dawałeś za wygraną. Ja tylko chwyciłam za klamkę, to Ty je wyważyłeś. Jeszcze niedawno napisałam „to już koniec baby, skończyło się love story”, dziś umówiliśmy się na piątek. Nie ma we mnie za grosz konsekwencji. Ale przecież rok 2007 jeszcze się nie skończył, a do bilansu zysków lub strat zawsze można dopisać mały Psik na marginesie.
komentarze [3] >> poniedziałek, 17 grudnia 2007 00:01:25
Czasem mały impuls poruszy wnętrze, emocje, czasem potrzebny jest większy impuls, może duży? By warto było w ogóle o nich pisać. Ja zostałam nim porażona. Nigdy się tego nie spodziewałam, A. od dłuższego czasu pisze bloga, nawet nie przeczytałam go w całości, na wyrywki, od tak. Jeszcze parę dni temu adres swego bloga podał mi Pan o imieniu również zaczynającym się na A. Czy nie mam dziwnego wpływy na ludzi? A może tak bardzo wichruje im życie, że żeby je poukładać, muszą je najpierw zapisać? Nie wiem, mało ważne, wszystkie zranione przeze mnie dusze wpiszę sobie na listę i gdy przyjdzie ochota na rozpoczęcie nowego rozdziału z kimś innym, będę ją wyciągać i przypominać sobie, że na dopisanie kolejnej osoby nie ma już miejsca.
Piję szampana. Zmrożony, z lodówki. Kulturalnie w kieliszku. Ostatni raz piłam ze swym odbiciem rok temu, gdy sypał się związek z P. Tym razem opijam, nie pije z rozpaczy. (Czyżby zanosiło się na długą notkę? Chyba tak). Opijam swoje triumfy w walce ze sobą, w walce z potrzebami emocjonalnymi. Zbliżają się Święta i Nowy Rok, dlatego wypadałoby pozamykać za sobą drzwi przeszłości, powyrzucać klucze. Rozliczyć się z mijającym rokiem, ze sobą i słabościami.
Stoję w okrągłym pokoju, z kilkoma wyjściami, patrzę na nie i właśnie, będę je zamykać, być może wyjdę z tego pokoju – martwego punktu, być może nie, usiądę na kamiennej podłodze i w blasku świec , zastanowię się co dalej.
Pierwsze drzwi jakie zamykam to P. Tym razem wywalam klucz. Jest ciężki i zardzewiały, tak samo jak wielkie wrota. Pcham je wytrwale, zgrzyta zamek. O P. pisałam wiele razy, wiele razy myślałam, że pogodziłam się z jego stratą, być może jego temat przyjdzie jeszcze wiele razy, ale będzie on wtedy łagodny, ciepły, jak poranny wiatr z zapachem lata – zapachem tylko dobrych chwil. Takiego będę Cię pamiętać, takiego jakiego Cię kochałam. I tym razem na serio, uczę się jak być bez Ciebie.
Patrzę na kolejne drzwi. Nigdy ich nie zamykałam, bo uznałam to za zbędę. Zamykam R. Jednak nie R. jako osobę, jako uczucie – bo tego już dawno nie ma, R. jako cały wachlarz emocji, który tak bardzo mnie zmienił, doprowadzając do tego czym jestem teraz. R. bardzo mocno wiąże się z P. dlatego trzeba zamknąć ich oboje. To R. był ostatnim przy, którym miałam wiarę, że wszystko może się udać, jeśli się chce, że miłość jest możliwa. To dla R. chciałam ryzykować, gdy z P. było już źle. Potem już wiedziałam, że miłość, głupie „kocham Cię” to tylko iluzja, abstrakcyjne pojęcia bez jakiego kol wiek odzwierciedlenia. Jedyne co zostało po R. to cała gama blizn na mojej ręce, kawałki poharatanego – teraz już zabliźnionego – ciała. Wyrzucam kolejny klucz.
Śmiejąc się szyderczo, patrzę na drzwi gdzie siedzą dwie alternatywy, które do niedawna brałam pod uwagę w castingu do akcji: „Odmrażamy serce angie”. Ł. i Pan Przeznaczenie. Niestety odrzuciłam Wasze CV, list motywacyjny i cztery zdjęcia – wydajecie się zbyt sympatycznymi osobami, by wpisać Was na listę Werterów.
Drzwi numer cztery. Do niedawna zamknięte, jednak nie na klucz i z łatwością można je było otworzyć od zewnątrz. Pan A. Niestety Ciebie też zamykam. Sam przyznałeś, że nie zaryzykowałeś, gdy jak byłam do tego gotowa, gdy chciałam się poświęcić i rzucić dla Ciebie wszystko. Gdy otworzyłeś moje drzwi, było już za późno, nie spotkałeś tej mnie sprzed dwóch lat, a to co ze mnie pozostało. Teraz ja nie zaryzykowałam, nie dlatego, że tym razem to ja się boję. Nie. Ja już nie ryzykuję, bo znam dalszy scenariusz. „Żegnaj” – mówię z nostalgią, bo wiem, że jesteś wart ryzyka.
Ostanie drzwi. Najświeższe. Pachnące jeszcze nowością, zamykam za A. Rozgryzłaś mnie, rozwiązałaś jak krzyżówkę panoramiczną. Jednak nie przewidziałaś jednego – tego, że spotkałyśmy się w takim momencie, że dla mnie wszystko z góry było przeznaczone na straty. Choć zaczęłam wierzyć, że może być inaczej, że tym razem się uda, niestety pozwoliłam spaść syzyfowemu głazowi, odsuwając się na bok i patrząc jak się toczy w dół. I pozwalając sobie rozwiać twoje wątpliwości, odpowiem Ci teraz: nie byłaś substytutem, byłaś alternatywą na ratunek dla mnie, jednak ta akcja ratownicza mogła się źle dla Ciebie skończyć, dlatego odeszłam. Nie wszystko było, tak jak być powinno, nie spełniłam swoich obietnic, że będę Ci mówić wszystko, gdy tylko stanie się źle. Nie zrobiłam nic z tego, co sobie obiecałam. Zamykam te drzwi, składając ostatni pocałunek na Twoich ustach, taki jak ten podczas któreś z naszych nocy. Chyba miałam Ci więcej do powiedzenia, ale przepraszam, szampan uderzył już do głowy, a myśli stały się nieskładne i uciekają tak szybko. I już zamknięte, a klucza już nie ma.
Tak angie pożegnała rok 2007, choć przedwcześnie, bo przecież się jeszcze nie skończył.
komentarze [8] >> niedziela, 16 grudnia 2007 01:29:38
Czwartek:
Warszawa. Zwiedzanie Fabryki Trzciny, TVP i Muzeum Powstania Warszawskiego, które przerodziło się w wypad do Chińczyków (esz, ten kucharz) na jedzonko. Potem Złote Tarasy. Ogólnie pierwsza moja wycieczka, która odbyła się bez alkoholu, odkąd skończyłam czternaście lat. (Doroślejemy?) Świetny wyjazd. Dobra zabawa. Parę fotek, które naprawdę mi się podobają:

Me & A. (żeby nie było wątpliwości, ja to, to co się tak szczerzy i dusi to drugie).

Jak widać me znowu, z Toto - dziewczę, które powala mnie swoim urokiem, o uśmiechu Heleny Trojańskiej, którego niestety nie zaprezentowała.

Od lewej A. me, Cela, na dole Magda - w takim gronie chodzimy na kawę zamiast na wykłady, jak widać zdjęcie robione w TV, w studio do programu "Pytanie na śniadanie" - dzieci wpuszczono do TV.

Warszawski wieżowiec nocą - foto by me, kadr psują te latarnie, ale jak zawsze jestem ślepa. W tej jakości pewnie nie zobaczycie ludzi w oknach budynku. Może po powiększeniu?
Piątek:
Jestem na liście gończym, połowa grupy nie przyszła na zajęcia, bo podobno się nie wyspali! Przecież dałam im godzinę snu, kiedy zasnęłam w autokarze! Czy to moja wina, że dla mnie dzień zaczyna się po osiemnastej, jestem głośna i mam głupawki?
Kawa z P.Martą, wykładowczynią literatury, ogólnie rozmowa o moim opowiadaniu. „Pani Agato, dlaczego Eurydyka zdradziła Orfeusza, a jednak wyszła z Hadesu?” „Hm… no… em… Za dużo wydarzeń z autopsji?” Mówi Pani, że nie wierzy w miłość, a to już drugie opowiadanie o miłości, czy na pewno Pani w nią nie wierzy?" "Raczej, chcę o niej zapomnieć". P.Marta robi mi psychoanalizę – tak, to kobieta, z którą aż chce się rozmawiać, jedynie respekt i szacunek do jej osoby, nie pozwalają przejść na stopę koleżeńską. Rozmowa kończy się przedwcześnie, przychodzi R. – też musi odrobić warsztaty. Nawet na niego nie spojrzałam, nawet nie drgnęłam. Jeszcze rok temu płakałam mu w ramię, piłam z nim cappuccino, R. ratował od upadku, patrzył na moje pocięte ręce i tym kojącym głosem mówił „będzie dobrze”. Dziś po R. nie ma już śladu.
Dziś:
Japoński. Angie oddaje prace domową podpisaną: Agata (tu nazwisko) ha kawaii desu – Agata jest słodka, lub też rozkoszna jeśli ktoś woli to tłumaczenie. Taiko – san zanosi się śmiechem. Tak wiem, jestem niepoprawna. Po świętach test z kanji! A ja umiem tylko trzy znaczki: las, lasek i lasy – las: jedno drzewko, lasek: dwa drzewka, lasy: trzy drzewka. Wiem, to nie wymaga wybitnych umiejętności, by to zapamiętać.
Przed chwilą:
Mama wypisuje świąteczne kartki. Ja zrobię to jutro. Mam ich osiem. Nie wykorzystam wszystkich, bo lista ludzi, którym wysyłam kartki drastycznie zmniejsza się z roku na rok. Wyślę te z obowiązku, jak co roku: Pamela i… właśnie kto? Muszę zajrzeć do notesu z adresami. I te, które wysyłam z bezinteresownej sympatii: Mors, Saya i Pantsu. Jakiś czas temu byłaby i Orestes, moje dawne Seme. Tak jak po R. nie został po niej ślad, może tylko podziw jej niezwyklej urody i osobowości. Przejrzę ten notes, może znajdzie się tam jeszcze ktoś, kto pozostał w moim skamieniałym serduszku.
„Dlatego myślę, że może zamiast szukać zaginionych kotów, powinieneś się poważanie zająć szukaniem drugiej połowy swojego cienia.” – Haruki Murakami
komentarze [10] >> środa, 12 grudnia 2007 23:01:26
Na Boga! (Czy to nie hipokryzja w moich ustach?) Wybaczcie mi milczenie i ciszę u Was! Obiecuję poprawę, wielka poprawę, może czasu było brak, może znowu dałam przysłowiowej dupy (proszę nie brać dosłownie), Sister wybacz, ale chyba potrzebowałam odetchnięcia, tak samo jak Ty niedawno. Dziś już niestety nie wpadnę do Was, tej notki też być nie powinno (uno momento, angie musi zapalić), powinnam już dawno leżeć w łóżku i spać.
Jutro wyjazd do Warszawy – w ramach praktyk zawodowych zwiedzamy to i owo i teoretycznie mamy być zainteresowani jak się kieruje instytucjami kultury, w których będziemy, zawiało nudą? Pewnie jakbym nie musiała dojechać na uczelnię samochodem, a po powrocie wracać nim, spiłabym się w autokarze.
Tak… moje szczęście przybrało właśnie materialny wymiar, a na imię mu Yofride de la Terres Sauvages – cóż za skomplikowana i wyniosła nazwa dla czegoś co ma dopiero 7 tygodni, cztery łapki, czarne futerko i jest małym, pusto-rozumnym owczarkiem belgijskim. Jeśli ktoś powiedział, że szczęścia nie można kupić – nigdy nie miał szczeniaka. Mała Yo, przywieziona w niedzielę z Węgier, zaprząta mój cały czas, słodko wkrada mi się do łóżka, kiedy ja już śpię, a do jej małego móżdżka nie dociera jeszcze co się do niej mówi i czego będzie się od niej wymagać, a wymagania mam duże – i te wystawowe i te sportowe, może jeśli obie będziemy dobrym zespołem wystartujemy kiedyś w psich zawodach Agility. I w tym momencie powinnam iść po swoje maleństwo i położyć ją spać (tak marzenie, że zaśnie od razu…)
Stanęłam wczoraj przed lustrem. Przytyłam – nie da się ukryć. Ale zadziwiające jest to, że czuję się atrakcyjna. Po wydaniu rekordowych sum na ubrania i inne szpargały, dziś zakończyłam sezon zakupowy 2007, kupnem czarnego, satynowego gorsetu, tak, tak… na rozbierane randki, których nie mam i mieć nie będę. Choć jestem ciągle taka sama, wydaje mi się, że wydoroślałam, choć pod kilkoma względami. Ble, ble, ble – chciało by się powiedzieć, ale nie mówcie tego.
Czasem przechadzając się ulicami, zwracam uwagę na mężczyzn, oczywiście oni na mnie nie, ale czy to przeszkadza w obserwacji? Dziś, w autobusie widziałam kogoś, kto od pierwszego wejrzenia mnie zafascynował, tajemniczy, mroczny, stylowy, ktoś kto mógłby do mnie podejść i całować bez słów, pociągający bo nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Wyszedł przystanek wcześniej niż ja i czar prysł…
I na zakończenie, które ma wydźwięk optymistyczny: drogi Adeyaka! Czy zacząłeś blogować by tylko oderwać się od rzeczywistości i napisać rzeczy, których powiedzieć normalnie nie miałbyś odwagi? Czy to tylko słodka prowokacja zmuszająca mnie do przerwania ciszy, wejścia do pociągu i rzucenia się w Twoje ramiona na dworcu? Jeszcze żaden mężczyzna mnie tak nie rozbroił! Hm… czuje się oczarowana i ponownie uwodzona!

Niech mała Yo się przedstawi ^^
komentarze [4] >> sobota, 8 grudnia 2007 00:26:17
- Kiedy przestałaś mnie kochać?
- …
- No kiedy?
- Nie wiem, a co?
Dialog ciągnie się, A. próbuje znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania.
- Co jest między nami?
- …
Napotyka na mur z ciszy, szczątkowe odpowiedzi. Chce zacząć z kimś innym, bo wie, że ze mną już się nie da. W końcu dochodzimy do wniosków, zostaje tak, jak jest teraz. Nie jesteśmy razem, a może jesteśmy >> n i e z o b o w i ą z u j ą c o << . Lubię to słowo. Bez wymagań, bez kontroli, gdy brakuje bliskości telefon i butelka czerwonego wina. Czyli jestem wolna…
Nie myśl, że ja jestem twoim Orfeuszem
Nie szukaj mnie w swoim śnie
Gdy przyjdzie świt, w swoją drogę znów wyruszę
Ty będziesz tylko liczyć dni.
Rozkłada mnie grypa. Czuję, że mózg zalewa mi katar, gardło mnie boli. Do tego mam zakwasy bo ostatnich, częstych zakupach i chodzeniach po sklepach. Nie ma jak to trzy samotne kobiety w dziale z bielizną. Czyli ogólny stan fizyczny nie ciekawy. Psychiczny bez zmian – nie narzekam. Musze się teraz położyć i wyleżeć, bo rano odwożę mamę na pociąg do Warszawy, a z gorączką jazda mi się nie uśmiecha…
komentarze [5] >> środa, 5 grudnia 2007 22:49:49
Właśnie jem obiad. Tak… o 22… Dopiero zlądowałam do domu… Też dopiero niedawno wytrzeźwiałam… Matko! Upiłam się jak dziecko. Wyszłam rano na zajęcia i wbrew pozorom naprawdę chciałam na nie iść. Tylko jest jedno ale… jak idziemy z Patrycją zapalić do jej samochodu, zazwyczaj kończy się to tekstem „Prowadź, bo ja zapomniałam prawa jazdy, jedziemy na kawę”. Pojechałyśmy na kawę, polamentowałyśmy jakie to nasze życie jest nieszczęsne: Magda i ja „oj, jak bardzo chciałabym mieć faceta”, Patrycja: „A ja chce być sama, jeśli chcecie weźcie mojego męża”, „Żonatych nie bierzemy, rozwiedź się”, „Już niedługo…”. Nawet miałam wrócić na niemiecki, one na koło z angielskiego, jednak gdy w samochodzie wysiadło radio, potem światła, a na końcu cały samochód przed skrzyżowaniem, wyciągając trójkąt ostrzegawczy płakałyśmy ze śmiechu. Takie rzeczy zdarzają się tylko nam. Gdy w końcu przyjechał wujek Patrycji, wymienił akumulator i dodał: „alternator rozjebany, kto jeździł na ręcznym?”. Fakt, że pół miasta przejechałam na ręcznym, bo nie zauważyłam, że jest zaciągnięty, a jedynie „Patrycja, twój samochód muli gorzej niż ostatnio”, „Tak? To pewnie filtr paliwa”, już przemilczałyśmy. Niestety, mogłyśmy tylko podjechać pod monopolowy, kupić piwa i opić śmierć alternatora. Tak… i wyznałam P. miłość. Alkohol poniewiera, gdy się pije chowa się telefon i nie wydzwania, bo wtedy wychodzą rzeczy, które chcielibyśmy zachować dla siebie. Jednak po wczorajszym/dzisiejszym wspomnieniu, jego głos, on… Wiem jedno, wygłupiłam się, ale jak to dziś usłyszałam >>carpe diem hedoniści<<, nie będę tego żałować, nie mam czego… Nie będę też żałować innej, głupiej rzeczy… Na dworcu spotkałam Ł. Tego samego Ł. który niedawno dostał perfidnego kosza ode mnie, którego nie wpuściłam do domu, gdy stał mi na podwórzu, tego Ł. całkowicie nie w moim typie, skreślonego już na starcie. Tego Ł. dobrego kumpla, ale nic poza tym. Tego Ł. z którym teraz, w autobusie, dziś całowałam się, tego, którego całowałam pierwszego od zerwania z P. – od 8 miesięcy. I już nie chodziło o tego konkretnego mężczyznę, bo w tym momencie przestał być tym Ł. nie w moim typie, a stał bezimiennym bytem, który można zakwalifikować pod kategorię >>mężczyzna<<. Zapomniałam już, ze jestem kobietką czasem słabą, głupiutką, która chce się poczuć seksownie i bezpiecznie w męskich ramionach. Dziś sobie to przypomniałam, ale boję się, że ten przerywnik w moim samotnym, wręcz ascetycznym życiu, jeśli chodzi o mężczyzn może się przyczynić, że będę tęsknić za związkiem, za facetem. Mam nadzieję, że tak nie będzie, bo przecież dla mnie nie istnieje już miłość i związek (czy sobie to tylko wmawiam?). Chyba się rozpisałam, a co najgorsze nie ujęłam meritum całego przypadku z Ł. Nie będę się nad tym rozwodzić, nie teraz nie dziś, nie nad tak błahym zdarzeniem.
komentarze [0] >> środa, 5 grudnia 2007 01:34:29
1.20. za 2 godz. i 40 minut zadzwoni budzik. Leżałam w łóżku. Nawet myślałam, że już zasypiam, takie dziwne uczucie, gdy błądzi się jeszcze myślami, ale powoli odpływa. Przy moim boku włochate cielsko Michała (wbrew pozorom nie sypiam z zarośniętym facetem, a moja suczką) i nagle ścisnęło mnie w żołądku, a sen pozostał tylko „sennym marzeniem”. Ta myśl przybiegła tak szybko i niespodziewanie, pojawiając się bez określonych przyczyn. P. w moim łóżku. Wspomnienie o P. Tym bardziej zaskakujące, że długo już o nim nie myślałam. Leżymy nadzy, a pod palcami czuję szorstką fakturę jego nieogolonych policzków. Widzę i czuję wszystko tak realistycznie, że mogłabym przysiąc, że jest tuz przy mnie. Słyszę jego śmiech, jego głos, dotykam włosów na klatce piersiowej, szczupłej talii i bioder, włosów na podbrzuszu. Nie chciałam wstawać, by nie budzić Michała, jednak dokumentowanie tego co pojawia się w mojej głowie, jest ode mnie silniejsze. Michał tylko obróciła łeb i zerka z łóżka co robię, zdaje się, że stukot klawiatury ja uspokaja, tak samo jak mnie. Wiem, że muszę iść spać, bo jutro będę nie do życia, ale boję się wracać do łóżka. Boję się, że zastanę w nim P.
komentarze [1]